Start NASZE HISTORIE Lotnisko Ligowiec Puchar Gordona Bennett’a
Puchar J. Gordona Bennett’a

 

 

 

Historia zdobycia przez polskich pilotów balonowych najbardziej prestiżowej nagrody - Pucharu J. Gordona Bennett’a -
wspomnienia Stefana Makne - Aeroklub Poznański

 

Czy Puchar J. Gordona Bennett’a wróci do Polski?

 


...Następne Międzynarodowe Zawody Balonowe o Puchar J.G. Bennett’a odbywają się w kraju ostatniego zwycięzcy.” Formuła ta, zatwierdzona przez FAI, obowiązuje do dzisiaj.

Zawody te, najważniejsze i uważane za największe w kategorii balonów gazowych, rozgrywane są od 1906 r., z przerwami na pierwszą i drugą wojnę światową oraz dłuższą przerwą po II wojnie światowej (do roku 1983). Polska święciła w nich pięć zwycięstw: w latach 1933, 1934 i 1935 – zdobywając Puchar na własność, następnie w r. 1938 i 1983. Ponieważ w 1938 roku zwyciężyła załoga polska – kpt. Antoni Janusz i prof. Franciszek Janik, kolejne zawody miały odbyć się w Polsce we Lwowie 3 września 1939 roku. Balony znajdowały się już na starcie, niestety wybuch wojny uniemożliwił rozegranie zawodów.

Polska była zobowiązana do przeprowadzenia następnych zawodów. Po II wojnie światowej kilkukrotne próby podejmowane przez Aeroklub Polski nie dały rezultatu – „wielki brat” nie wyrażał zgody na otwarcie granicy. W końcu w 1983 r. – dla uczczenia 200-lecia pierwszego wzlotu człowieka – Francja wznowiła te wielkie zawody. Organizator określił pojemność balonów na 1200 m3 (przedtem było 2200 m3) i wyznaczył start w Paryżu na 26 czerwca. W polskim świecie balonowym zawrzało: musimy wziąć udział w tych zawodach.


Decyzja

Sprawa nie była łatwa: w Polsce nie było balonu tej pojemności. Dzięki przychylności ówczesnego Prezesa Aeroklubu PRL – gen. Władysława Hermaszewskiego (starszego brata Mirosława), znalazły się środki na budowę balonu tej pojemności. Tylko z czego? Był marzec – na gumowanie nowej tkaniny nie było już czasu i możliwości, lecz w sekcjach balonowych Aeroklubów Białostockiego, Śląskiego i Poznańskiego były jeszcze pozostałości materiału powłokowego z budowanych uprzednio balonów. Tak więc udało się ściągnąć do „Aviotexu” w Legionowie te resztki (mniej więcej po 1/3 potrzebnej ilości) i przystąpić do budowy balonu SP-BZO „Polonez”. Na tydzień przed zawodami wykonałem krótki lot próbny (30’) w Poznaniu, celem wystawienia świadectwa sprawności technicznej przez KCSP. Nie było oczywiście mowy o sprawdzeniu balonu w locie długodystansowym. Niezbędne do zawodów wyposażenie uzyskaliśmy z Instytutu Lotnictwa. Można powiedzieć, że cały nasz wyjazd opierał się na „wariackich papierach”. Istotnego wsparcia moralnego udzielił mi gen. Hermaszewski mówiąc, przy pożegnaniu w Warszawie: „Nieważne jakie zajmiecie miejsce w zawodach, ważne jest, by Polska była w nich reprezentowana…” Przyznam się, że to mi ogromnie pomogło.

Dopiero po przyjeździe do Paryża mogliśmy przystąpić do dokładnego sprawdzenia powłoki. Dzięki francuskim przyjaciołom dostaliśmy do dyspozycji halę, gdzie napełniliśmy powłokę powietrzem za pomocą wentylatora. Wszedłem przez rękaw do środka i… nogi się pode mną ugięły. Zobaczyłem nad sobą „rozgwieżdżone niebo”, a powinno być zupełnie ciemno. Natychmiast przystąpiliśmy do zaklejania setek maleńkich otworów w powłoce. Na szczęście dzielnie nam w tym pomagała grupa entuzjastów – studentów pod wodzą Andrzeja Ćwikły ze Studenckiego Klubu Balonowego w Białymstoku. Ponad 500 łatek naklejonych od wewnątrz powłoki pozwoliło nam uzyskać jej szczelność. Nie wiem, czy bez pomocy entuzjastów z SKB dalibyśmy radę wykonać tę pracę. W nocy, w garażu hotelowym wykonałem jeszcze jedną pracę: skleiłem daszek – parasol nad klapą balonu, co później bardzo nam się przydało.

Napełnianie balonów i start były wyznaczone na placu Concorde – w centrum Paryża. W przeddzień – na jednej z niekończących się odpraw wylosowaliśmy kolejność startu. Przypadło nam ostatnie miejsce. W czasie przygotowań dzielnie nam kibicowali: ostatni zwycięzca sprzed wojny – płk Antoni Janusz i nestor Aeroklubu Śląskiego – Józef Zych. Start wyznaczono na godziny popołudniowe. Przed tym jednak rozpętała się nad Paryżem gigantyczna burza, które groziła zerwaniem balonów z uwięzi. Po jej przejściu organizator usiłował przeprowadzić natychmiast start lecz oznaczało to lot w kierunku nawałnicy i poważne niebezpieczeństwo. Dwukrotnie organizator nakłaniał nas do lotu, grożąc nawet dyskwalifikacją. Odpowiadałem spokojnie, że wystartujemy zgodnie z wylosowaną wg regulaminu kolejnością, czyli na końcu. Z dwóch pierwszych balonów wysłanych przez organizatora „na siłę” w powietrze, jeden przeleciał zaledwie 27, a drugi 36 km!


Przebieg lotu – wspomnienie z 1983

Tak więc oderwaliśmy się z moim co-pilotem – Ireneuszem Cieślakiem od placu Concorde o godz. 18.09 przy dźwiękach Mazurka Dąbrowskiego jako ostatnia załoga (piękny reportaż fotograficzny ukazał się po tym w miesięczniku National Geographic No. 6/83). Na szczęście burza oddaliła się i atmosfera była już spokojna. Nareszcie „po nerwówce” przygotowań do startu mogliśmy odetchnąć. Lecieliśmy na wysokości ok. 100 m nad pięknym Paryżem w kierunku północno-wschodnim, przed nami plejada konkurentów. Pierwsze godziny lotu, to prawdziwa sielanka. Absolutną ciszę w powietrzu zakłócały czasem dźwięki dochodzące ziemi. Stopniowo zwiększamy wysokość lotu do 300-400 m. Balony się rozproszyły, tylko amerykański „Rosie O’Grady” zbliżył się do nas. Dowcipna załoga – zabrali ze sobą trąbkę i wygrywają na niej od czasu do czasu różna melodie. Wchodzimy w noc na wysokości 400 m, konkurenci zwiększyli pułap lotu, zyskując większą prędkość - po pewnym czasie znikają w oddali. Postanowiłem oszczędzać balast i pozostać na tym samym pułapie. Z daleka mijamy Verdun. Lot jest absolutnie spokojny, wręcz idylliczny. Z ziemi dobiegają czasem dźwięki muzyki zabawy wiejskiej. Ok. godz. 2 w nocy z błogiego spokoju wyrywają nas niepokojące dźwięki i trzaski – jakby pękała powłoka, i syki – jakby uciekającego przez pęknięcia gazu. „Za rozrywacz i do ziemi!” – krzyczy mój co-pilot. Oczywiście przejęzyczył się, mając na myśli klapę. „Spokojnie, to musi być coś innego” – powstrzymałem go. Byłem absolutnie pewien dobrej wytrzymałości mojej powłoki, którą sam projektowałem i jej wykonania, które nadzorowałem w „Aviotex’ie” - Legionowo. Jak się później okazało, były to krople wilgoci, które po schłodzeniu balonu spadały z góry i na dolnej, wewnętrznej powierzchni natychmiast odparowywały, wydając w atmosferze helu dźwięk łudząco podobny do uciekającego gazu.

Piękny był świt, zbliżaliśmy się powoli do granicy RFN, lecąc kursem prawie wschodnim, z lekką odchyłką północną. Najbliższe lotnisko w Niemczech było w Saarbrücken. Nawiązałem z nim kontakt radiowy, podając położenie i prosząc o zgodę na przekroczenie granicy. Zgodę tę otrzymałem natychmiast i skoro odpowiedź była tak uprzejma, poprosiłem o prognozę pogody. Po chwili podano mi częstotliwość na której mogę uzyskać dane meteo (127,60 MHz). Był to VOLMET z Frankfurtu, gdzie podawano aktualne dane z wszystkich lotnisk Europy, takie jak: zachmurzenie, kierunek i prędkość wiatru przy ziemi, itp. Nie była to prognoza, lecz na podstawie tych danych mogłem wyciągać wnioski co do kierunku naszego lotu. Z odpraw przed startem zapamiętałem, że północą wędruje duży niż, powodując taki a nie inny kierunek lotu – kurs był ciągle ten sam: 080º - 085º, co groziło nam osiągnięciem granicy NRD i koniecznością lądowania. Postanowiliśmy więc sprawdzić cały przekrój atmosfery do podstawy chmur; niestety wszędzie był ten sam, niekorzystny kurs. Pozostało nam jedynie oczekiwanie na jego zmianę, licząc na wędrówkę niżu po północnej stronie Europy. I rzeczywiście – w godzinach popołudniowych, nasłuchując ciągle wiadomości w VOLMET okazuje się, że kierunek wiatru zmienia się; najpierw w Lyonie, później w Paryżu, Amsterdamie, Londynie wieje już wiatr północno-zachodni. Przelatujemy nad starym zabytkowym grodem Rothenburg, który kiedyś zwiedzaliśmy. Zbliżamy się do Norymbergii i stwierdzamy zmianę kurs na 100º, 110º i 120º. A więc doczekaliśmy się – ten kurs oznacza nie tylko ominięcie NRD i Czech, ale lot w kierunku Austrii. Mijamy Neumarkt po stronie południowej i tu niespodzianka: białe dymy z 4 kominów zakładu przemysłowego kierują się w stronę przeciwną – na północny zachód. Natomiast w kierunku południowo-wschodnim, gdzie lecimy, widzimy czarną ścianę. Po chwili obserwujemy na niej błyski – to burza! „Coś jest nie w porządku” – zwraca się do mnie Irek - ”Już trzeci raz muszę balastować w krótkim czasie…” Po chwili mamy już odpowiedź – cienkie strużki deszczu zaczynają spływać do kosza. Zapada noc, lecimy nadal w kierunku południowo-wschodnim, na wysokości 400 m. Deszcz powoli przybiera na sile, podstawa chmur obniża się i w końcu przyciska nas niżej -zostajemy zamknięci w rozległej kotlinie, otoczonej wzgórzami. Jesteśmy w matni, na szczęście wiatr zanika zupełnie. Znajdujemy się w środku kotliny, na wysokości 100 m. Jak się później okazało była to okluzja, która się cofnęła, stwarzając niespodziankę pogodową.

Wolno mijają ciężkie godziny nocy. Wisimy w miejscu lub przesuwamy się nieznacznie w różnych kierunkach lecz ciągle w tej samej dolinie. Lądować? Nie, nie wolno się poddawać. Doszczętnie przemoczeni szczękamy zębami, pomimo, że na zewnątrz jest 16º C. W pewnym momencie Irek do mnie mówi: „…Patrz naokoło jest pełno ludzi.” „Tylko nie wysiadaj. Jesteśmy na wysokości 100 m” – odpowiadam.

Około godz. 3.00 deszcz zanika, a w końcu przestaje zupełnie padać. O świcie chmury podnoszą się i rozrywają. Oddajemy balast i wznosimy się ponad wzgórza. Zaczynamy szparko poruszać się ponownie w kierunku południowo-wschodnim. Przelatujemy nad rzeką – to Dunaj. Zmęczenie daje coraz bardziej znać o sobie, zasypiamy na stojąco. W pewnym momencie, ocknąwszy się, stwierdzam, że lecimy prosto w zalesiony stok wzgórza. W ostatniej chwili oddajemy balast (każdy po jednym worku) i muskając koszem wierzchołki świerków, wznosimy się ponad zbocze.

„Ta zabawa staje się zbyt niebezpieczna – musimy lądować” – mówię do mojego towarzysza. Przed nami miejscowość, lecimy nisko i w pewnym momencie grozi nam uderzenie w stromy dach budynku. Wyrzucam więc worek w całości. Dalej są już tylko łąki. Przyziemiamy na nich o godz. 06.25 koło miejscowości Offenstetten – pomiędzy Regensburgiem i Ingolstadt (5 km E od miasteczka Abensberg). Lot trwał 36 h 26’, przelecieliśmy 693 km. Gdyby nie zmęczenie, mogliśmy lecieć do wieczora, lądując w Austrii.

Po chwili zjawia się policja. Pokazujemy nasze paszporty lecz nie mogą doszukać się wizy niemieckiej. Są bardzo uprzejmi, lecz stwierdzają, że jesteśmy w RFN nielegalnie. Sam już zwątpiłem, wskutek zmęczenia, lecz udaje mi się znaleźć wizę niemiecką. Sytuacja się wyjaśnia. Z najbliższego domostwa dzwonię do Paryża, po chwili oddzwaniają, sprawdzając lokalizację. Kiedy wracam do balonu, zadaję Irkowi pytanie: „Jak sądzisz, które miejsce zajęliśmy?”. Odpowiada niepewnie: „Przedostatnie?”. „Pierwsze – puchar wraca do Polski!”

Balon zostawiamy u gościnnych gospodarzy, wieczorem jedziemy pociągiem do Monachium i dalej nocnym pociągiem – do Paryża. Pociąg jeszcze nie wyjechał z dworca w Monachium, kiedy Irek już chrapał, ja po chwili. Kiedy obudziliśmy się był dzień. Po napisach stwierdziliśmy, że jesteśmy we Francji. Okazało się, że na granicy w ogóle nas nie kontrolowano.

Uroczyste zakończenie zawodów w ratuszu miał uświetnić swoją obecnością mer Paryża. Pan mer jednak nie miał czasu… Prasa francuska, która wielkimi nagłówkami na pierwszych stronach pokazywała przed zawodami Francuzów jako faworytów, skwitowała nasze zwycięstwo maleńkimi wzmiankami na 8-mej lub 12-tej stronie. W zakończeniu wziął udział Harvey Hubell IV – amerykański pil. balonowy– wielki przyjaciel Polski. Nasze zwycięstwo zaowocowało ufundowaniem przez niego balonu cieplnego „Kościuszko”, który stał się sztandarowym balonem Aeroklubu Polskiego.

Stefan Makne

 

 

................................................................

 

Miejsce na Twoją reklamę:
iFolder: Zabezpiecz dane z laptopa ZANIM je stracisz!

Stworzone dzięki Joomla!. Designed by: free joomla templates VPS hosting Valid XHTML and CSS.